78 lat temu rozpoczęła się pierwsza masowa deportacja obywateli polskich w głąb Związku Sowieckiego

78 lat temu, 10 lutego 1940 r. rozpoczęła się pierwsza masowa deportacja obywateli polskich w głąb Związku Sowieckiego. Wywózka objęła chłopów, mieszkańców małych miasteczek, rodziny osadników wojskowych oraz pracowników służby leśnej. Dla wielu z nich oznaczała wyrok śmierci.

Decyzję o deportacji wydała 5 grudnia 1939 r. Rada Komisarzy Ludowych. Przez następne dwa miesiące trwały przygotowania do jej przeprowadzenia, w czasie których sporządzano listy i prowadzono “rozeznanie terenu”. Jej przebieg nadzorował osobiście Wsiewołod Mierkułow – zastępca szefa NKWD Ławrientija Berii.

Deportacja przeprowadzona przez NKWD odbyła się w straszliwych warunkach, które dla wielu były wyrokiem śmierci. Temperatura dochodziła nawet do minus 40 st. C. Na spakowanie się wywożonym dawano od kilkudziesięciu do kilkunastu minut. Bywało i tak, że nie pozwalano zabrać ze sobą niczego.

Wtargnięcie sowieckich funkcjonariuszy tak opisywał kilkunastoletni chłopiec z powiatu dubieńskiego na Wołyniu:

“N.K.W.D. wpadli jak wilki z naganami i sztyletami do naszego domu, zaczęli niszczyć obrazy święte, łamali meble, wyzywać nas od polskich burżuij. Ojca z oka nie spuszczali wciąsz pytali się o broń, której tatuś nie miał, więc poczęli wyrywać deski z podłogi, wyżucać ubranie z szaf, łamać łóżka. Po godzinnym zniszczeniu naszego domu kazano nam zbierać się przyczym wolno nam było zabrać trochę odzierzy i tylko 5 kg mąki, choć wywieziono nas 5 cioro. Jak więźni pod naganem wprowadzono nas na sanie i powieziono przez miasto jako pośmiewisko do stacji”. (“+W czterdziestym nas Matko na Sibir zesłali+. Polska a Rosja 1939-1942” – relacja Bogusława S.; zachowano oryginalną pisownię tekstu)

Deportacja przeprowadzona przez NKWD 10 lutego 1940 r. odbyła się w straszliwych warunkach, które dla wielu były wyrokiem śmierci. W czasie jej realizacji temperatura dochodziła nawet do minus 40 st. C. Na spakowanie się wywożonym dawano od kilkudziesięciu do kilkunastu minut. Bywało i tak, że nie pozwalano zabrać ze sobą niczego.

Deportowanych przewożono w wagonach towarowych z zakratowanymi oknami, do których ładowano po 50 osób, a czasami więcej. Podróż na miejsce zsyłki trwała niekiedy nawet kilka tygodni. Warunki panujące w czasie transportu były przerażające, ludzie umierali z zimna, z głodu i wyczerpania.

Mieszkanka Grodna, żona podoficera WP wspominała: “Droga była wprost nie do opisania, gdyż niedość, że podczas snu przymarzały włosy, ubrania i kołdry do ścian, to jeszcze podczas jazdy trzęśli wagonami tak, że ludzie spadali na palące się piecyki i na ziemię, ulegając poważnym uszkodzeniom ciała, po trzy dni nie dawali wody, a gdy łapaliśmy przez okienka śnieg to gdy milicjant zauważył to bił kolbą po ręku i po naczyniu. Na koniec 4 marca przyjechaliśmy na posiołek Kwitesa, Irkuckiej obłasti, rejonu Tajszet. W barakach w których nas umieszczono ogłaszano nam, że o zgniłej Polsce mamy zapomnieć na zawsze, a tu mamy dokończyć życia naszego, nie zapominając o tem, że wszyscy musimy pracować …” – (“+W czterdziestym nas Matko na Sibir zesłali+. Polska a Rosja 1939-1942” – relacja Marii Sz.)

Według danych NKWD w czasie deportacji z lutego 1940 r. do północnych obwodów Rosji i na zachodnią Syberię deportowano około 140 tys. ludzi. Wśród nich Polacy stanowili mniej więcej 82 proc. Wywożono również Ukraińców i Białorusinów – pracowników leśnych.

Po dotarciu na miejsce zsyłki zesłańców czekała niewolnicza praca, nędza, choroby i głód.

Kolejne deportacje obywateli polskich przeprowadzono w kwietniu i czerwcu 1940 r. Ostatnią rozpoczęto w przededniu wojny niemiecko-sowieckiej pod koniec maja 1941 r.

W sumie według danych NKWD w czterech deportacjach zesłano około 330-340 tys. osób. Związek Sybiraków przyjmuje, że wywieziono w sumie 1,35 mln Polaków.

Ich celem była eksterminacja elit oraz ogółu świadomej narodowo polskiej ludności, miały one rozbić społeczną strukturę, dostarczając jednocześnie totalitarnemu sowieckiemu imperium siłę roboczą.

Według danych NKWD w czasie deportacji z lutego 1940 r. do północnych obwodów Rosji i na zachodnią Syberię deportowano około 140 tys. ludzi. Wśród nich Polacy stanowili mniej więcej 82 proc. Wywożono również Ukraińców i Białorusinów – pracowników leśnych.

Liczba wszystkich ofiar wśród obywateli polskich, którzy w latach 1939-1941 znaleźli się pod sowiecką okupacją, do dziś nie jest w pełni znana. Prof. Paczkowski odnosząc się do tej kwestii pisał: “Uważa się, że w ciągu niespełna dwóch lat władzy sowieckiej na ziemiach zabranych Polsce represjonowano w różnych formach – od rozstrzelania, poprzez więzienia, obozy i zsyłki, po pracę wpół przymusową – ponad 1 milion osób, a więc co dziesiątego obywatela Rzeczypospolitej, który mieszkał lub znalazł się na tym terytorium. Nie mniej niż 30 tys. osób zostało rozstrzelanych, a śmiertelność wśród łagierników i deportowanych szacuje się na 8-10 proc., czyli zmarło zapewne 90-100 tysięcy osób”. (“Czarna księga komunizmu” – A. Paczkowski “Polacy pod obcą i własną przemocą”).

Uczestnicząc wspólnie z III Rzeszą w rozbiorze Polski Związek Sowiecki zajął w 1939 r. obszar o powierzchni ponad 190 tys. km kw. z ludnością liczącą ok. 13 mln osób. Wśród nich było około 5 milionów Polaków, pozostali to Ukraińcy, Białorusini i Żydzi. (PAP)

Ojca z oka nie spuszczali wciąsz pytali się o broń…

Zapamiętajcie to świadectwo, zapamiętajcie te słowa na całe życie. To nie ja wymyśliłem, to świadectwo tamtych czasów. Najważniejszą rzeczą było odebranie Polakowi broni. Z człowiekiem bez broni już pójdzie łatwo. Pierwszą rzeczą jaką odbiera się pokonanemu albo temu kto ma być pokonany jest broń.

Wniosek na przyszłość. Każdy Polak powinien mieć w domu broń. Rządem polskim będzie dopiero ten rząd, który do tego będzie dążył i to sprawi. Nie dajcie się zwodzić, że dzisiaj są inne czasy. Wówczas też były inne od poprzednich, a ludobójstwo jakiego dopuściły się totalitarne Niemcy, Rosja było na tamte czasy niewyobrażalne. Nie dało się wówczas przewidzieć co czeka Polaków i rąk rosyjskich czy innych oprawców. Dzisiaj też nie wiadomo co może zdarzyć się w przyszłości. Zapobiegliwie Polacy powinni zaopatrywać się w broń. Bez broni nie da się przeżyć żadnej wojennej zawieruchy. Kto twierdzi przeciwnie jest albo wrogiem, albo jest obłąkany.

  • Andrzej Rudnicki

    Warto by było podać do publicznej wiadomości ilu z tych 1,35mln Polaków zostało wyznaczonych do wywiezienia do gułagów na Syberię przez naszych “starszych w wierze braci” … Pewnie podobny procent, jak zastrzelonych przez nich w Katyniu …

    • Mozets
      • Mozets

        Si-bir ( Śpiąca –ziemia)
        /Opowieść autentyczna/

        W roku 1979 w Lądku Zdroju poznałem starszego mężczyznę w wieku ponad 70 lat. Wysoki, silny, postawny.
        Mogę zdradzić jego nazwisko. Nie żyje już od lat i nie miał żadnej rodziny. We wrześniu 1939 Rosjanie wkroczyli do Lwowa – gdy był świeżo po studiach prawniczych na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Zabrano go z ulicy w letnim prochowcu ( lato było gorące) – jego narzeczona została zastrzelona tego samego dnia . Broniła się na ulicy przed zalotami krasnoarmiejca i została zabita. Stefana Derżko dołączono do transportu i bydlęcym wagonem dotarł do miejscowości Matygino w głębi Rosji.
        Relacje jakie ten człowiek mi przekazał poprzedziły wielogodzinne rozmowy – jakie z racji pobytu w uzdrowisku – prowadziliśmy na spacerach po okolicy. Nabrał do mnie zaufania i opowiedział mi swoją historię. Historię Sybiraka, prawnika – drwala w tajdze. W Matygino osadzono go w więzieniu – starej twierdzy. Cela z betonową posadzką, okienko bez szyby, bez ogrzewania i bez jakiegokolwiek posłania i przykrycia. W letnim płaszczu przebywał tam do lutego – śpiąc na betonie. Dostał martwicy pośladków – od mroźnego betonu.
        W największe mrozy, ( w Matki Boskiej Gromnicznej) –załadowano go do dużego transportu kolejowego i wyruszyli na spotkanie Sybiru. Na Magadan. Podróż była straszna. Na 3 dzień wstawiono im do wagonów żelazne piecyki na drewno. Mężczyźni wyrwali w podłodze otwór. Nieduży – co wartownicy tolerowali. To była toaleta.
        Gdy załatwiały się kobiety – mężczyźni stawali tyłem. Zresztą w wagonach robiło się luźno. Codziennie wygarniano nich trupy słabszych i wyrzucano po prostu w śnieg przy torach. „Zamarzajut
        polskije sabaki” – stwierdzali strażnicy , z obrzydzeniem wygrużając sztywne ciała z wagonów. Dzikie zwierzęta po odjeździe eszelonu czyściły teren do kosteczki. Ustalono, że płaszcze i kożuchy jakie mieli niektórzy zmarli – będą służyć żywym. I tak więzień Derżko wyfasował stary, ale ciepły kożuch po zmarłym koledze. 4 dnia dano im gorącej wody (kipiatok) i solone śledzie. Całe szczęście, że do wagonu wpadały tumany śniegu i było czym ugasić pragnienie.
        Nie wie ile dni jechał. Ale nie krócej niż 3 tygodnie. W środku olbrzymiej
        tajgi transport zatrzymał się. Krasnoarmiejcy pomagając sobie karabinami i bagnetami – wygarniali wychudłych, sczerniałych – ledwie chodzących ludzi na nasyp kolejowy – skąd staczali się w dół , w głęboki śnieg przy sosnach. Z całego transportu przeżyła ponad połowa. Uformowani w długi wąż brnęli w tajgę – zatrzymując się – gdy
        strażnicy ( ośmiu na blisko 300 osób) pozwolili. Jedna z kobiet odeszła kilka kroków – by się załatwić. Krasnoarmiejec o twarzy Mongoła – zastrzelił ją – za próbę ucieczki.
        Należało więźniów maksymalnie upodlić – by załatwiali się jak zwierzęta – czyli tam gdzie stoją i w grupie. Tym Rosjanie różnili się od Niemców . Ci pierwsi zabijali równie bezwzględnie. Natomiast Rosjanie przed śmiercią musieli jeszcze ofiarę upodlić. I tym generalnie różniła się cywilizacja zachodnia od azjatyckiej.
        Pod wieczór żołnierze ni stąd ni zowąd zatrzymali pochód i stwierdzili: „Tut budietie żywiot”. Zresztą co za różnica – 5, 10, czy 50 kilometrów dalej, – było tak samo.
        I doradzili – że kto nie zrobi sobie jakiegoś ukrycia na noc – nie przeżyje. W nocy będzie kilkadziesiąt stopni mrozu. Jedynym pocieszeniem był zupełny brak wiatru. Przy dużych mrozach ślina po
        splunięciu – zamarzała w bryłkę lodu – tuż nad ziemią. Po strasznej nocy – nastał pierwszy poranek w tajdze. Znowu ubyło kilkanaście osób. Przyjechał duży ciągnik wlokący olbrzymie sanie. Były tam piły, siekiery, łomy , oskardy i masa pustych beczek po paliwie. W zamarzniętej ziemi drążyli ziemianki na 5-6 osób. Nakrywali to
        balami ściętych sosen, ziemią, igliwiem , mchem. W środku ustawiano
        beczkę po paliwie – w której palono drewnem. Tej jednej rzeczy – nie brakowało na tysiącach kilometrów tajgi. Nikt nie próbował uciekać. Bo nie przebyłby pieszo tysiąca kilometrów. I zwierzęta tajgi –same wymierzyłyby mu wyrok. Zresztą nie mieli nawet pojęcia gdzie są.
        I tak mijały lata. Od rana do zmroku ścinali drzewa. Czasem na wysokości piersi – gdy śnieg był tak wysoki. Kto wyrobił normę – dostawał przydział chleba. Normę zmniejszano stosownie do spadku wydajności. Często kończyło się to zagłodzeniem i śmiercią – bo coraz
        słabszy i niedożywiony drwal – po prostu umierał. Tak po prostu gasł w oczach. I cicho odchodził. Leczyli się sami – w zimie najczęściej
        herbatą z igliwia. Zima trwała 9 miesięcy. W krótkim okresie „wiosny i lata” –zbierali zioła i jagody. Stefan Derżko opowiadał mi, że przez wszystkie te lata spędzone w tajdze tj. przez 18 lat – nigdy nie przespał całej nocy w ziemiance. Kto tak robił i wychodził rano na mróz – nabawiał się choroby płuc zwanej suchotami. I szybko umierał.
        Dlatego trzeba było co parę godzin wyjść w noc na mróz i przynajmniej raz obejść ziemiankę dookoła. I tak przez kilkanaście lat katorgi. W miejsce zmarłych z chorób i wycieńczenia – przychodziły nowe transporty. Sowiety wchłaniały każdą ilość drewna jaką chodzące trupy były w stanie dostarczyć na bocznicę. „Nowi” dostarczali szczątkowych wiadomości ze świata. Na początku 1954 roku chodziły słuchy, że wojna się skończyła. Ale nikt w to nie wierzył. Co jakiś czas ktoś był wzywany do komendanta obozu i znikał. Wszyscy myśleli – że był
        likwidowany. Stefan Derżko został wezwany do Komendanta na wiosnę 1957r. oddał kolegom wszystko co miał – łącznie z kożuchem zmarłego kolegi. Nie sądził by na drugim świecie był mu on potrzebny.
        Komendant wypytywał go o wszystko – z lat przedwojennych. Następnie powiedział ,że Hiltler kaput, jest nowa Polsza. On ma jechać do Krakowa – do Nowej Huty. Tam dostanie mieszkanie, będzie przeszkolony na maszynach liczących i będzie pracował w Hucie. Podpisał zobowiązanie, że bez zgody władz sowieckich nie zmieni miejsca zamieszkania , ani nie powie o niczym co widział i słyszał od 1939 roku od aresztowania. Powiedzieli mu ,że jeśli nie dotrzyma słowa –znajdą go wszędzie. Nie ucieknie nawet za granicą. Że mają swoich
        ludzi na całym świecie. Dostał ciepłe ubranie, worek z jedzeniem , propusk – pismo od władz NKWD obozu – gdzie jedzie i po co. Pismo to było wówczas cenniejsze od najlepszego paszportu na świecie. Strażnik wyprowadził go w tajgę , odwiózł do torów kolejowych i przekazał na pierwszy pociąg jadący na zachód. Człowiek ten opowiadał mi wiele rzeczy strasznych i nieprawdopodobnych – których nawet nie jestem w stanie powtórzyć . Mówiły one o okropnym życiu
        w tajdze. Szykanach wartowników. Głodzie chorobach i mrozie. Mówił także , że widział tam niesamowite rzeczy – o których nie powie mi nigdy. Chyba ,że leżałby już w grobie i wiedział, że zaraz umrze. To mówił człowiek wykształcony, po wyższych studiach , dzielny i odważny, odporny na straszne trudy. I nigdy mi już nie powiedział o co chodziło. Być może Rosjanie robili z nimi jakieś nieludzkie doświadczenia. Medyczne i nie tylko. Z udziałem ludzi i zwierząt.
        By udowodnić teorię Darwina. Słyszałem to od jednego Sybiraka. Ale to są domysły. Nie podaję tego za fakty. Prawie na pewno karmiono świnie zwłokami więźniów. Być może jedli trupy. Nie wiem.
        Stefan Derżko do roku 1980 – dalej mieszkał jako emeryt w mieszkanku w Nowej Hucie , które przydzieliło mu NKWD. Odwiedziłem go tam. To było niedaleko placu na którym stał Lenin z oberwaną wybuchem piętą. Nie założył rodziny. Zmarł samotnie.
        Do ostatniego dnia życia wierzył we wszechmoc potężnego NKWD, GRU i KGB.
        Tekst autorski. © Marek Mozets

        • Trzeba było spisać wszystko co opowiadał – byłaby może z tego wartościowa książka – świadectwo wielkiej zbrodni tych radzieckich zwyrodnialców!

      • Andrzej Turczyn

        uprasza się o nie sianie na tym blogu jadu na Żydów.

        • Mozets

          Jak jeszcze zbierze się 2 sprawiedliwych , którzy uznają zamieszczony przeze mnie scan gazety izraelskiej w Chicago za “jad” natychmiast usunę wszelkie wpisy uznane za “jadowite”. Wystarczy tylko dwóch jeszcze. Nie żądam wiele. Pochodzę z żydowskiego miasteczka , w którym mój dziadek i moi rodzice żyli w zgodzie ze starozakonnymi Polakami wyznania mojżeszowego.
          kpt. M.Mozets (jnwsws)
          Proszę się wpisywać. Zachęcam .

          • Jan Kowalski

            Jest w internecie wiele materiałów nowych i starych w tym temacie wystarczy poszukać np. z “komuszej” ręki Youtube Syndrom gotowanej żaby.

        • Jan Kowalski

          Andrzeju jak możesz upominać Mojrzesza 🙂

        • Capribestyja

          Ale jakiego jadu ? Mówienie prawdy to jest jad ? Ja jestem z Małopolski. Tu bardzo dużo było żydów i bardzo dużo nasłuchałem się opowieści o ich zachowaniu i przed wojną i po wojnie. Moja rodzina też przed wojną wiele dobrego nie zaznała z ich strony a to dlatego że zwyczajowo mój pradziadek został “kupiony” od kahału przez lokalnego lichwiarza i prawie doprowadzony do ruiny. Uratowało go tylko to że wysłał najstarszego syna do Ameryki.
          Owszem, nie wszyscy żydzi byli źli. Nawet śmiało można powiedzieć że takie szuje to były wyjątki które równo żerowały na gojach jak i na swoich. Tak samo jak i Polacy większość to byli normalni, ciężko pracujący ludzie ale zdarzały się w śród nich dranie. Tyle że w przypadku Polaków opinie o tych kilku draniach próbuje się rozciągnąć na cały naród a w przypadku żydów pamięć o tych kilku draniach próbuje się wyciszyć i wymazać z pamięci bo, jak to powiedział pan rabin, “to jest niemądre o tym mówić”.
          Ciekaw jestem Panie Andrzeju, jak długo będzie Pan ścierał ślinę z twarzy i udawał że pada deszcz.
          Ja rozumiem że Ameryka pała bezgraniczną i bezkrytyczną miłością do Izraela ale Pan jako Polak powinien mieć nieco bardzie trzeźwe spojrzenie.

  • Jan Kowalski
  • Już od co najmniej kilku dziesięcioleci trwa depopulacja niemal na całym świecie, która jest właściwie tematem tabu, ponieważ nie usłyszy się o tym w mediach, a ludzie którym się o tym mówi sprawiają wrażenie jakby tego nie słyszeli albo ignorowali i nie mogą tego przyjąć do wiadomości. Zresztą to słowo depopulacja jest eufemizmem, bo tak naprawdę ten proces jest ludobójstwem i to na znacznie większą skalę niż podczas 2 wojny i prowadzonym w czasie pokoju.

    • Mozets

      Zgadza się, natomiast nie dotyczy to ludów i plemion o wielkiej dzietności, co rozwiąże ten problem ( i nasz europejczyków także).

    • Jan Kowalski

      Właśnie przez takie eufemizmy ludobójcy czują się wyśmienicie coraz to pewniej i lepiej doskonalą swoje rzemiosło.
      Nie pomylę się, że używający tego erzacu “eufemiści” to zwykli tchórze, jest to pewnego rodzaju rodzaju forma zaniechania.

  • Janusz Wilk

    “To właśnie brak dobrego, sprawnego wojska, które miałoby oparcie w silnym, sprawnym państwie i odwrotnie: brak sprawnego państwa, które mogłoby zapewnić funkcjonowanie wojsku w czasie pokoju po to, żeby broniło tego państwa w czasach wojny, w czasach agresji, spowodował upadek Rzeczpospolitej”

    To powyższe to cytat z dzisiejszego przemówienia premiera. Zapamiętajcie te słowa bo dzięki takiemu myśleniu znów będą stosy trupów na ulicach.
    Armia swoją siłę czerpie z siły ludzi, społeczeństwa a nie z siły państwa. Państwo w czasie wojny takiej jak były i będą w Polsce przestaje funkcjonować w ciągu kilku tygodni. I gdzie znajdą oparcie wojskowi?
    W najlepszej polskiej konstytucji, tej z 3 maja jest wyraźnie napisane kto winien jest obronę Rzeczpospolitej i skąd bierze się jej siła.
    Dokąd obecni włodarze tego nie zrozumieją w naszej bliskiej przyszłości już widać naszą klęskę.

  • Jan Kowalski

    Tam i u wielu innych im podobnych o czym dobrze wiecie nasi Przyjaciele są Wasze i nasze utracone w wyniku zbrodni dobra i aktywa. To są sprawcy a nie biedna Polska, zawsze Wam od wieków przyjazna.

    https://www.youtube.com/watch?v=DmcZbTnuDEQ

    • Mozets

      Jeden z rozdziałów książki “Stefek z Rozwadowa” pt. “Stefek antysemita”.

      Mówiący o zwykłym , wcale nie nacechowanym nienawiścią i prześladowaniem współżyciu żydów z polskimi mieszkańcami w małym miasteczku galicyjskim przed oboma wojnami światowymi. I dużo wcześniej. https://uploads.disquscdn.com/images/39753fa57047aa4cbf0d289d655476acf8286a188764e7afd59e6548599012d9.jpg

      ********************************************

      Stefek antysemita

      Stefek był już sporym podrostkiem. Kończył gimnazjum. Nawet
      zaczynał z dużą pewnością siebie zaczepiać większe i mniejsze od siebie
      panienki z miasteczka. Jego ojciec oprócz restauracji prowadził również sklep z
      bronią. Stefek miał ogromny zapał do tej dyscypliny – to jest strzelania.
      Ojciec, co prawda nie dawał mu do ręki strzelby, rewolweru lub karabinu, ale
      często Stefek dostawał od ojca niegroźny małokalibrowy Flobert i garść
      maleńkich naboi. Mogły one wyrządzić krzywdę, – ale Stefek przestrzegał zasad bezpieczeństwa. Strzelał tylko na ogrodzie w kierunku szop na krańcu ogrodu. Niemożliwe było, by nabój o tak małej energii potrafił przebić ściany z desek i razić kogoś na ulicy za szopami. Te treningi znakomicie wyrobiły mu oko i rękę.
      Tak, że będąc żołnierzem KOP-u w Czortkowie na Ukrainie, tuż przed II wojną – zbierał wszystkie nagrody i odznaki za wyjątkowo celne strzelanie. Zaczął od
      sznurów strzeleckich, łącznie z pomponami, urlopów nagrodowych i odznaki
      strzeleckiej a skończył na srebrnym zegarku z ręcznie grawerowaną dedykacją i podobizną marszałka Piłsudskiego na kopercie.
      Stefek tego dnia jak zwykle ostrzelał szopę i wlazł na strych szukając ciekawego celu. Wchodząc po zewnętrznym krużganku – podeście na
      I piętrze, zauważył u sąsiada w ogrodzie namiot zrobiony z gałęzi. Jego
      starozakonny sąsiad właśnie świętował Święto Namiotów. Był to bardzo poczciwy żyd, łagodny i niezbyt bogaty. Miał sklepik ze słodyczami tuż obok restauracji ojca Stefka. Stefek robił czasem za szabesgoja, gdy trzeba było zapalić ogień pod kuchnią u sąsiada, ( aby podgrzać przygotowany posiłek), który nie mógł tego zrobić sam. Bo PRAWO zabraniało tego robić własnoręcznie. Wszelkie potępienie spadało w sposób oczywisty na goja – Stefka. Który jednak niewiele się tym przejmował, a sklepikarz dawał mu za to 5 groszy lub czekoladkę.
      Ojciec Stefka w tym dniu wyrabiał kaszanki do restauracji. W dużym pomieszczeniu za restauracją stała na stole spora miednica z krwią. W
      ciemnym pomieszczeniu krew wydawała się zupełnie czarna. Stefek wiedział, że starozakonni bardzo boją się krwi, a w głowie zawsze miał figle. Zszedł na dół i w dużą szprycę masarską naciągnął prawie 3 litry krwi. Poszedł na górny
      krużganek i wypuścił celnie całą zawartość w kierunku namiotu sąsiada. Dał się
      słyszeć przerażający wrzask z namiotu – jakby ktoś został przebity bagnetem na wylot, ale Stefek nie czekał i nie cieszył oczu widokiem swojego żartu. W jego pojęciu – przedniego.
      Szybko zbiegł do kuchni i odłożył szprycę na swoje miejsce.
      Niewinnie zabrał Flobert spod ściany i dalej strzelał w tarczę zawieszoną na szopie.
      Od frontu domu dobiegał donośny lament:
      – Szhanowny Phanie Sthanicki!!! Szhanowny Phanie Sthanicki!!!
      Ojciec Stefka wyszedł na ulicę i zobaczył straszny widok.
      Sąsiad cały ociekał krwią i ojciec Stefka, mimo, że był na I wojnie – niemal
      zasłabł od tego widoku.
      – Co się panu stało???!!! – pytał rozpaczającego żyda.
      Oglądał go dokładnie i nie było widać żadnej rany.
      – To ten pana syn Stefcio – on jest okhrrropny webus, ja sziedział w kuczki w swoim namiocie a on mnie oblał. Niech phan zhobaczy wszendzie kref…kref… kref…!!!
      – Stefek!!!
      Stefek z udawanym zdziwieniem na twarzy i Flobertem w ręce,
      stanął niezwłocznie w drzwiach.Ojciec spojrzał na jego ręce. Były na nich wyraźne ślady krwi.
      Ojciec odebrał mu broń i kazał mu przynieść z kąta bambusową
      tyczkę długości około metra i grubości 3 palców.
      Stefek bez zaproszenia opuścił spodnie, włożył głowę pod
      oparcie krzesła, a goły tyłek wypiął podciągając kolana pod siedzisko.
      To był ustalony rytuał i Stefek miał to wielokrotnie
      przećwiczone.
      Ostatni punkt to było wymierzenie sobie samemu – ilości uderzeń. Ojciec Stefka mógł albo zatwierdzić tę liczbę albo dodać coś jeszcze od siebie.
      Obniżek nie było nigdy – nawet jak delikwent potraktował się zbyt surowo. Plan musiał być wykonany, co do joty.
      Stefek wykręcając, więc w bok głowę na pytanie: „ile?” Z rezygnacją na twarzy wystękał:
      – „dziesięć” ???…
      -Zgoda –zatwierdził ojciec Stefka.
      Ojciec Stefka był bardzo wysokim, szczupłym, żylastym i silnym mężczyzną. Dodatkowo wymierzając karę miał serce z kamienia i tylko coś wyjątkowego mogło zatrzymać jego rękę.
      Egzekutor wziął potężny zamach i bambusowa pałka ze świstem
      opadła na chudy tyłek Stefka. Stefek tylko stęknął jak koń kopnięty w brzuch i
      w myśli policzył:
      „jeszcze TYLKO dziewięć…”
      Na tyłku Stefka pojawiła się krwista pręga, która wieczorem
      robiła się niebieskawa, na drugi dzień – granatowa z żółto-zieloną obwódką.
      Ojciec Stefka sapnąwszy z wysiłku potwierdził: „raz”!
      Żyd przerażony tym widowiskiem złapał się za głowę i zaczął
      krzyczeć:
      -Phanie Sthanicki – ja pana bahrdzo phrosze – niech go pan tak sthrasznie nie bije, un jeszcze zemgleje albo umrze!
      Ojciec Stefka wyciągnął 5 zł z kieszeni i dał sąsiadowi:
      – „panie Rozekranz – niech pan weźmie i idzie do mykwy się umyć!
      – „phanie Sthanicki ja nie chce żadnych phieniendzy- tylko niech go pan puści!
      Ojciec Stefka w odpowiedzi wziął jeszcze potężniejszy zamach
      i bidne siedzenie Stefka wydało kolejne klaśnięcie – a płuca burczące
      stęknięcie.
      – „dwa”!
      Żyd schował 5 zł ( srebrne) do chałatu ( była to spora suma – w jego sklepie 20 srebrne grosze kosztowała duża szwajcarska czekolada) złapał się za głowę i z krzykiem uciekł na ulicę :
      -„Aj waj, Aj waj” ! – dobhry phanie Boże, po co ja się skahrżył , un to dziecko zabije… Aj waj, aj waj!!!
      Ojciec Stefka wykonał plan w 100% i zmęczony wytarł spocone
      czoło kraciastą chustką. Rzucił bambus pod nos Stefkowi i poszedł do
      restauracji napić się piwa.
      Stefek wisiał jeszcze na krześle jak zmięta szmata przez
      parę minut.
      Zwlókł się – ostrożnie podciągnął spodnie i zapiął szelki.
      Siedzenie pulsowało jak magma w kraterze wulkanu. Podniósł bambusowy kij i
      odniósł na swoje miejsce w kuchni.
      Należało to do obowiązków ukaranego.
      © M.Mozets

      • Jan Kowalski

        Super, przypominają mi się dawne rozmowy w rodzinie na te tematy jak kiedyś żyliśmy obok siebie bez …. nizmów o ich zwyczajach itp. Pamiętam jak mówiono o żydowskich świętach, Namiotów-Sukot, Trąbki,Pesach, Purim…
        W każdym narodzie są ludzie i kanalie nie zależy to od rasy, wyznania . Tamci nasi żydzi już odeszli, oglądałem nieraz ich wypowiedzi jak bronili swojej-naszej ojczyzny Polski i godności naszych narodów gdy na świecie wylewano na nas brudy. Ale ich jest coraz mniej.

        • Mozets

          „Stefek z Rozwadowa” to zbiór opowiadań o
          autentycznym Stefku. Stefek był już dorosły jak wybuchła IIWW.
          Opowiadania o „Stefku z Rozwadowa” opisują autentyczną postać dawnego mieszkańca miasteczka. Pochodził ze starej rodziny rozwadowskiej , która przybyła tu z Dębicy i Tarnowa przy końcu XIX a na pocz. XX wieku. Nie była to tak stara rodzina rozwadowska jak Stanisławscy – czyli rodzina żony
          Stefka. Opowiadania są dość wiernym zapisem niektórych losów Stefka z czasów przedwojennych, wojny i lat powojennych. Mówią także co nieco o losach jego dzieci i
          krewnych . A te były przecież nierozerwalnie z nim związane.To tylko bardzo szczątkowe opisy niektórych losów Stefka. To co utkwiło w pamięci jego słuchaczy – zostało tu przeniesione w formie beletrystycznej. Nie jest to dokument sensu stricte. Za wyjątkiem okresu jak Stefek znalazł się w wojsku, na
          wojnie i w stalagu jenieckim. Nazwiska w większości zostały zmienione – bo autor włóczony byłby po Sądach z rozmaitymi procesami wytoczonymi przez osoby – których przodkowie jakoś tam „źle byli opisani” ( w ich subiektywnym pojęciu) . Czyli modne odbrązowianie postaci jak w „unsere tatełe, unsere mamełe . Opowiadania nie są szczególnym gejzerem
          umiejętności pisarskich autora. Ale mają niezaprzeczalną cechę: ukazują miniony klimat społeczny miasteczka w
          opisywanych latach , który powoli odchodzi w mrok przeszłości. W opowiadaniach niemal czuć zapach ogrodów, kurz
          ulicy, zapach sali sądowej czy magazynu z tkaninami Nisselbauma. Zabytkowe miasteczko znika murszejąc, zabytki
          wrastają coraz niżej w czarną ziemię rozwadowską, umierają stojąc… Elewacje domów jak stare damy pudrem –
          pokrywają się nowym tynkiem i tracą niepowtarzalny wygląd z lat minionych. Króluje nowy tynk akrylowy i okna plastikowe. Gdyby tak dawni mieszkańcy zmartwychwstali – odeszli by zdziwieni z tego miasta do lasu, lub z powrotem na cmentarz. Nie trafiliby do swoich domów – bo nie poznaliby ich w ogóle.
          Stare drewniane domy biednych żydów rozpadły się w proch . A piękne kilka siedzib – (pałaców niemalże) murowanych są teraz własnością nowobogackich , których stać było na ich wykupienie i wyremontowanie.

          • Jan Kowalski

            Niestety inny czas, inny świat, inni ludzie, żałko.
            Za pewnie woleli by z powrotem odejść gdzie trwa wieczny spokój.
            Tych,…. których znałem i znam to byli dobrzy ludzie, którzy się sprawdzili.
            Nie wpadnijmy w melancholię 🙂

  • Jan Kowalski

    Nieznajomość istoty sprawy, indolencja, zwykła głupota a może i strach są przyczyną niemożności w zrozumieniu przez decydentów i społeczeństwo problemu fobii w stosunkach polsko-żydowskich z naszej strony co doskonale wpisuje się w nurtujący i dotykający nas (uczestników tego forum) problemu tzw. hoplofobii.
    PRAWDA I ŚWIADOMOŚĆ nas wyzwoli i zdejmie z nas odium niewolników.
    https://www.youtube.com/watch?v=dZTOg_IHTWM

    • TakieTamLicho

      Tu nie chodzi o “fobie”,a o fakty.O żydów w aparacie komunistycznym. O robienie z Polaków prymitywów i bandytów (“i “antysemitów”).O konkretne finansowe roszczenia wobec Polski.Wreszcie – o ukrywanie przestępców – aferzystów jak choćby ci od afery FOZZ.

      Swoją drogą przy tej aferze był też uczciwy gość który mógł trochę pochodzenia żydowskiego albo miał jakichś żydowskich przodków.Nazywał się bowiem Falzmann,Michał Falzmann i był Polskim urzędnikiem – kontrolerem NIK. I dzięki wykryciu tej afery stracił życie w podejrzanych okolicznościach.Oficjalnie zawał serca.Tak naprawdę wiadomo co to oznacza – ZAMORDOWALI GO.Służby specjalne…

      • Jan Kowalski

        Czytaj ze zrozumieniem bo ja wiem co chciałem napisać.Fobia, która panuje w tym temacie utrudnia rządzącym i maluczkim normalne funkcjonowanie. A reszta to się zgadzam.
        Świadomość społeczeństwa rośnie.:)