Amerykanin pojechał do Lwowa, szkolił cywili i opisywał ludzką determinację w obliczu wojennej pożogi.

Miejscowi opowiadają stary dowcip o ukraińskim mieście Lwów. Na tamtejszym dworcu kolejowym z pociągu wychodzi mężczyzna i uśmiecha się bo wreszcie dotarł na daleki wschód. Po drugiej stronie peronu, z drugiego pociągu wysiada inny mężczyzna i bierze głęboki oddech napawając się klimatem ekscytującego zachodu.

Lwów to brama, punkt wyjścia, miejsce pomiędzy światami. Z powodu wojny gromadzą się tu uchodźcy, pracownicy organizacji humanitarnych, idealiści i pospolici bandyci – jedni przyjeżdżają, inni wyjeżdżają. Miasto stało się przystanią dla tych którzy uciekają przed okrucieństwami na wschodzie, a jednocześnie miejscem postoju dla tych którzy zmierzają w kierunku strefy wojny. Nazywają je Miastem Lwów i nawet najbardziej roztargniony turysta nie mógłby nie skojarzyć wybranego przez nich symbolu z rodzącą się wolą narodową, wolą która jest tak zaciekła, że wydaje się być żywcem wyjęta z minionego stulecia.

Na początku marca, kilka dni po wielokierunkowej inwazji Rosji na Ukrainę, dołączyłem do małej grupy ludzi jadących do Lwowa aby pomóc w doradztwie i szkoleniu miejskich sił obronnych złożonych z miejscowych ochotników. Wsiadłem do samolotu myśląc że lecę jako dziennikarz. Po wylądowaniu stało się dla mnie jasne, że jeszcze jeden dziennikarz szukający materiału to ostatnia rzecz jakiej Ukraina obecnie potrzebuje. Moi przyjaciele szukali trzeciego instruktora. Powiedziałem więc że to zrobię. Nie wywierali na mnie presji. To był impuls.

Wszyscy jesteśmy amerykańskimi weteranami wojen w Iraku i Afganistanie. Poszliśmy tam z własnej woli, reprezentując siebie i tylko siebie. Przynieśliśmy opaski uciskowe zamiast karabinów i swoje doświadczenie zamiast granatników.

Trenowaliśmy szkolnych nauczycieli, kierowców autobusów czy pracowników IT. Uczyliśmy ich podstawowych taktyk walki w mieście i umiejętności przetrwania. Podstęp jest charakterystycznym symbolem każdej wojny, batalie informacyjne na Ukrainie stały się spektaklem prowadzonym w czasie rzeczywistym. Jednak na terenie naszego ośrodka szkoleniowego nigdy nie poczułem atmosfery oszustwa. Ci ludzie byli dokładnie tym za kogo się podawali, czyli zwykłymi ludźmi którzy nie chcą mieć z tym nic wspólnego, ale sytuacja zmusiła ich do działania.

Skąd to wiem? Bo widziałem jak prawnik w średnim wieku po raz pierwszy w życiu próbował pokonać zakosami otwarty teren placu ćwiczebnego.

Potem ten sam człowiek robi to jeszcze raz, i jeszcze raz, i jeszcze raz, i nagle okazuje się że jest całkiem pojętny. Bo musi być. Każda kobieta i każdy mężczyzna którzy tam byli, mówili że będą bronić swoich domów jeśli wojna przyjdzie na zachodnią Ukrainę. Modlą się żeby tak się nie stało, ale będą gotowi jeśli ich prośby nie zostaną wysłuchane. Podczas dwóch tygodni spędzonych razem obdarzyli naszą grupę swoim zaufaniem i swoim zaangażowaniem. Wzięcie w garść karabinu w czasie wojny to trudna sprawa. Wybór, jeśli nadejdzie, należy tylko do nich.

Jednym z uczestników szkolenia był dwudziestoletni student. Okazał się bardzo zdolny kiedy wyważał drzwi czy poruszał się po gruzowisku niczym partyzant. Nigdy jednak nie strzelał z karabinu, do momentu kiedy nie zabraliśmy go na strzelnicę. Po tym jak kilka razy nacisnął spust i padło kilka strzałów zapytałem go jak się czuje.

“Tam kiedyś będzie człowiek?” – zapytał.

“Tak” – odpowiedziałem.

“I ten człowiek przyjdzie tu żeby mnie zabić?” – pytał dalej.

“Tak” – odpowiedziałem.

“Ok.” – skwitował.

Myślę, że określenie “ok” jest w tych realiach jak najbardziej właściwe.

Czy Lwów był bezpieczny w czasie gdy my tam byliśmy? Tak. Miasto było i nadal jest na tyle spokojne, że w hotelach kwaterowała cała brygada zagranicznych dziennikarzy, wszyscy goniący za tymi samymi szeptami o przybywających międzynarodowych legionistach i próbujący podzielić się garstką tłumaczy którzy nie zostali jeszcze zgarnięci przez lokalne władze. Nie dajcie się zwieść kevlarowym hełmom prezentowanym na potrzeby telewizji. Nawet zakaz spożywania alkoholu został zniesiony.

Czy to co tam robiliśmy było niebezpieczne? Na swój sposób. Nikt kto wiedział cokolwiek o wojnie nie gadał, a ten kto gadał raczej nie wiedział nic. Wszyscy oglądali najnowsze wojenne wstawki na swoich telefonach, przez Telegram, Signal, YouTube, dla podniesienia morale, dla czegoś w rodzaju dowodu. Nieufność i paranoja panowały wszędzie gdzie się pojawialiśmy. Czy ten uczynny człowiek na ławce to szpieg czy dobry samarytanin? A ta kobieta na rogu – sabotażystka czy patriotka? Ta osoba w czarnym samochodzie na biegu jałowym: policyjny tajniak czy służby specjalne? No i jest jeszcze niebo. W każdej chwili może ono wypluć z siebie śmierć – Lwów stał się celem rosyjskich pocisków manewrujących wystrzeliwanych z Morza Czarnego – i żadne szkolenie taktyczne nie jest w stanie nikogo na to przygotować.

Życie w warunkach wojny ma swoje zasady. Nic nie jest przewidywalne. Nic nie jest proste. Nocna godzina policyjna i natarczywy skowyt syren przeciwlotniczych ledwo o tym przypominały.

We Lwowie można przejść pod bramą zaprojektowaną przez austro-węgierskiego architekta, zjeść posiłek w ulubionej kawiarni polskiego księcia, zwiedzić muzea w których znajduje się porzucona nazistowska broń, popatrzeć na fragmenty post-sowieckiej architektury która wciąż straszy szarzyzną będącą kolorem dawnej zagłady. Na każdym przystanku autobusowym znaleźć można wspaniałe plakaty propagandowe wychwalające nową Ukrainę. Lwów, choć mobilizuje się do wojny, emanuje symbolami ciężko wypracowanego pokoju.

Tymczasem w cieniu przemykają ciemne typki. Prawda o każdej wojnie jest taka, że wielu cywilów będzie cierpieć i ginąć. Inną prawdą jest to, że oportuniści wszelkiej maści będą z tej wojny chcieli czerpać duże zyski. Niektóre z ich działań pewnie przyczynią się do zwiększenia wysiłku wojennego. Niektóre.

Putin rzucił stalowymi kośćmi. Stawką jest prawowita suwerenność Ukrainy i wypadkowy kształt porządku świata, który ostatnio tak drastycznie zmieniał się po zakończeniu zimnej wojny. To są pewniki odgórne. Są też te oddolne, wspomnienia i przebłyski zwykłego życia które na zawsze się zmieniło. Jest siła przekazywanego świadectwa. Jest też bierność.

Lwów to miejsce pomiędzy pokojem i wojną, przeszłością i przyszłością, wschodem i zachodem. Oto część zapisków które prowadziłem przez piętnaście dni, pracując w tym historycznym mieście brukowanych uliczek i kopuł kościołów, położonym stosunkowo daleko od frontu, a jednak opanowanym przez piekielną wojnę która zbliża się coraz bardziej. Kiedyś napisałem książkę o innej wojnie. Stwierdziłem w niej, że łatwe i proste opowieści sprawdzają się jedynie w opisywaniu z góry ustalonych scenariuszy. Brutalna rzeczywistość leży jednak najczęściej upakowana rządkiem w karabinowych magazynkach.

Matt Gallagher.

Jest to jedynie wstęp do szczegółowej relacji z dwu-tygodniowego pobytu autora we Lwowie, całość znaleźć można tutaj : www.esquire.com

MR