Rzecz o ludzkiej naturze z bronią palną w tle.

Stephen Hunter w 2008 roku przeszedł na emeryturę, jako nagrodzony nagrodą Pulitzera główny krytyk filmowy The Washington Post, jest on też autorem powieści Bob Lee Swagger (www.goodreads.com). Jego najnowsza nowela nosi tytuł Targeted i została opublikowana na początku tego roku. Stephen, zainspirowany ostatnimi wydarzeniami, przysłał nam ten felieton:

Stephen Hunter: Gigantyczna masakra która się nigdy nie wydarzyła.

Ci z was którzy osiągnęli poważny wiek, pamiętają z pewnością wielką masakrę z 1964 roku. Sale lekcyjne wyglądające jak po wybuchu granatu, centra handlowe obrócone w perzynę, zastępy harcerskie zdziesiątkowane, restauracje fast food zamienione w kostnice.

A wszystko dlatego, że rząd USA, w swojej nieskończonej głupocie, wypuścił na niewinną Amerykę 240 tysięcy karabinów szturmowych kalibru .30 z magazynkami o dużej pojemności.

Broń ta wyraźnie miała w sobie demonicznego ducha. W porównaniu do wszystkiego innego na rynku miała ten morderczy wygląd. Jeden rzut oka na złowrogi połysk orzechowej osady, która okalała wojskowo-szary zamek i lufę, jej magazynek nikczemnie chełpiący się wieloma nabojami tylko czekającymi aby je wystrzelić. Broń ta, za sprawą Hollywood i niezliczonej ilości zdjęć, była jednoznacznie kojarzona z wojną. Występowała nawet w szalonych filmach komediowych. Wszystko to sprawiało, że społeczeństwo miało przemożną chęć używania jej dokładnie do tego do czego była przeznaczona. Nie był to karabin wystarczająco mocny aby polować z niego na jelenie, ani wystarczająco celny aby skutecznie likwidować z niego szkodniki. Istniał tylko po to, by zabijać ludzi.

Tylko że w 1964 roku nie było żadnego szału zabijania, mimo że w 1963 roku Armia Stanów Zjednoczonych zdemilitaryzowała i wprowadziła za pośrednictwem NRA na rynek cywilny 240 000 karabinków M1. Można je było kupić za 20 dolarów i wysyłali je pocztą. Nie jesteś członkiem NRA? Osiemdziesiąt dolców w każdym sklepie sportowym. Dave Cook z Denver – “Guns Galore at Prices to Score” – miał je w sprzedaży wysyłkowej, z magazynkiem, pasem nośnym i kosztem wysyłki wynoszącym 1,25$.

To, co stało się potem było niezwykłe. Było też proste: nic się nie stało. Liczba zgonów związanych z użyciem broni palnej w 1964 roku wzrosła nieznacznie, zgodnie z normami statystycznymi. Nie można ani udokumentować, ani tym bardziej przypisać tego wzrostu nagłemu pojawieniu się na rynku ogromnej ilości broni szturmowej.

Niektórzy eksperci mogą twierdzić, że karabinek ten, a w zasadzie przyjęta przez armię niededykowana konstrukcja broni – której wyprodukowano sześć milionów sztuk, m.in. dla kierowców ciężarówek i urzędników, ale preferowany również przez wielu żołnierzy – nie był prawdziwym “karabinem szturmowym”. Strzelał nabojem o wiele mniej potężnym niż majestatyczny karabin podstawowy armii M1 Garand – prawdziwa broń bojowa.

Liberałowie dodadzą, że nie jest wcale straszny, przez co rozumieją, że ich on nie przeraża. Nie ma chwytu pistoletowego ani wentylowanej osłony chłodzącej lufę, co tak rozpala liberalną wyobraźnię. Jest tak dlatego, że karabin ten wywodzi się z filozofii projektowej lat 40-tych, a nie 50-tych. Jednak o bardziej fachowy komentarz w tej sprawie moglibyśmy zapytać poległych – oni mieli okazję przekonać się o jego możliwościach na własnej skórze.

Byłyby to setki Niemców których zabił Audie Murphy we Włoszech, setki Japończyków których zlikwidował Guy Gabaldon na Saipanie, a także setki tysięcy zabitych na innych teatrach wojennych. Nie zapominajmy o tysiącach północnokoreańskich żołnierzy zabitych przez wyposażoną w M1 piechotę lądową i morską w Korei. Nie zapominajmy o Che. Do jego wiernych wyznawców należy zaliczyć także służby specjalne, które używały go w latach 60-tych, podobnie jak Południowy Wietnam w latach 70-tych. Ponad 30 armii na całym świecie przyjęło go na swój stan, a niektóre z nich nadal go używają.

Był to bez wątpienia nasz pierwszy karabin szturmowy; jego wygląd nie ma tu znaczenia. Nabój był równie silny jak kultowe .357 magnum. Magazynek mieścił 15 lub 30 naboi, w zależności od konfiguracji. Można było z niego strzelać tak szybko jak tylko udawało się naciskać spust – 30 strzałów w 10 sekund brzmi tutaj sensownie – i przeładować go w dwie lub trzy sekundy. Nigdy się nie zacinał. Był lekki, poręczny i miał minimalny odrzut. Niektóre wersje miały składane kolby, co zmniejszało długość broni o jedną trzecią, ułatwiając tym samym jej ukrycie. Niektóre wersje mogły strzelać ogniem samoczynnym. Wszystkie miały w standardzie bagnet. Mogły robić wszystko to co AR-15, z wyjątkiem zabijania wieprzy z 350 metrów i przebijania drzwi samochodowych z 20 metrów. Zarówno Peyton Gendron, jak i Salvador Ramos mogliby wykorzystać tą broń dokładnie do tego samego celu z tym samym rezultatem.

Tak więc, w 1964 roku dokładnie ta broń była na ulicach – było jej bardzo dużo i była tania jak barszcz. Ale nie było Gendrona i Ramosa. Powodów tego co dotyka nas obecnie musimy więc szukać nie w broni, ale gdzieś indziej.

Scott Johnson (www.powerlineblog.com)

tłumaczył MR