Jamajka – Raj bez broni

Bob Marley. Cool Runnings. Montego Bay. Reggae. Rum. Wszystkie te nazwy związane są z Jamajką. Również słowa przeboju zespołu UB40 “Oh Kingston Town, the place I long to be,” i nasze wyobrażenia o tropikalnych wyspach na Karaibach kojarzą się większości z rajem. Jednak tamtejsza rzeczywistość przypomina piekło, jeśli wziąć pod uwagę stan do jakiego doprowadziły przepisy delegalizujące posiadanie broni. Jak na dzisiejsze standardy są one jednymi z najbardziej drakońskich na świecie. Obywatel musi podać ważne powody, dla których ubiega się o pozwolenie. Sam proces uzyskania takiego jest żmudny i drogi. Z tego powodu na posiadanie broni stać na Jamajce tylko bogatą i wpływową elitę.

W latach 70-tych Jamajka stała się rajem praktycznie bez pistoletów. Ówczesny premier Michael Manley pod wpływem narastającej fali przestępstw wprowadził dwa przepisy, które miały rozwiązać problem:

  1. Uchwałę o zwalczaniu przestępczości (Suppression of Crime Act).
  2. Uchwałę wprowadzającą szybkie sądy w sprawach związanych z bronią (Gun Court Act).

Pierwszy z nich wprowadził współdziałanie sił policji i wojska w celu odebrania obywatelom wszelkiej broni palnej: wojsko blokowało dany obszar, a policjanci wkraczali do okrążonych domów i konfiskowali znalezioną tam broń i amunicję.

Drugi z wprowadzonych przepisów wprowadzał tajne sądy przy drzwiach zamkniętych i bez ławy przysięgłych. Co do zasady, skazani na dożywocie przez taki sąd nie mogli ubiegać się o wcześniejsze zwolnienie.

Inaczej mówiąc: jeśli zostaniesz aresztowany i oskarżony o popełnienie jakiegokolwiek domniemanego przestępstwa związanego z bronią palną, możesz zostać wysłany do więzienia na resztę życia, bez możliwości zwolnienia, na podstawie wyroku skazującego opartego wyłącznie na zeznaniach policjanta. Bez żadnych dowodów, że dopuściłeś się przestępstwa.

Jak bardzo orwellowskie wam się to wydaje?

Cała ta parodia, która w całości podważała samą koncepcję praw obywatelskich, była pomysłem człowieka, który wygłaszał takie oto mądrości: “To będzie długa wojna. Żaden kraj nie może wygrać wojny z przestępczością w ciągu jednej nocy, ale wygramy. Zanim z nimi skończymy, jamajski bandyta będzie żałował, że kiedykolwiek słyszał o takich rzeczach jak pistolet. W tym społeczeństwie nie ma miejsca na broń, ani teraz, ani w przyszłości”.

Dziesiątki lat później możemy przyjrzeć się sytuacji na Jamajce i ocenić, czy wojna wydana przestępczości przez premiera Manleya (a tak naprawdę wojna przeciw dostępowi do broni) przyniosła jakieś efekty. Liczba zabójstw wzrosła w samym 2015 roku o 20 procent i wynosi obecnie 45 morderstw na 100 000 osób. Jamajka ma wątpliwy zaszczyt znalezienia się na szczycie listy krajów o najwyższym wskaźniku morderstw na Ziemi na pozycji piątej.

Liczba zabójstw na Jamajce w 1973 roku, czyli przed wprowadzeniem przepisów, wynosiła 11,5 na 100.000 mieszkańców. W trzy lata po wprowadzeniu zakazów, współczynniki morderstw prawie się podwoił do 19,5. Do roku 1980 liczba zabójstw wzrosła prawie czterokrotnie do 41,7. W 2007 roku osiągnęła szczyt: 59,0 na 100.000 mieszkańców. Podsumowując, po odebraniu prawa do broni cywilom, Jamajka w ciągu zaledwie 6 lat doświadczyła niemal czterokrotnego wzrostu wskaźnika zabójstw. I wskaźnik ten utrzymuje się od tamtego czasu na bardzo wysokim poziomie.

Pomimo wprowadzonego zakazu posiadania broni, wspieranego przeszukaniami i konfiskatą, współczynnik zabójstw na Jamajce jest jednym z najwyższych na świecie i nadal rośnie. Oczywistym jest zatem stwierdzenie, że niezwykle represyjna polityka kontroli dostępu do broni dla cywili, przyjęta przez Jamajkę w 1974 roku, w żaden sposób nie wpłynęła na zmniejszenie się liczby morderstw. W rzeczywistości, rozbrajając praworządnych Jamajczyków i odbierając im możliwość obrony przed przestępcami, wprowadzony w 1974 zakaz miał dokładnie odwrotny skutek: trwały i astronomiczny wzrost wskaźnika zabójstw.

Ograniczenie dostępu do broni dla obywateli po prostu nie działa. Zamienia ich w łatwy cel ataku. W żaden sposób nie chroni przed kryminalistami, których żadne prawo nie powstrzyma przed popełnieniem przestępstwa. Jeśli wyjmiesz spod prawa broń, tylko wyjęci spod prawa będą ją mieli. A rzeka krwi popłynie jeszcze szerzej.

(źródło gunservant.com tłumaczenie Tomasz Trocki)

 

Jestem staromodny w patrzeniu na zjawisko posiadania broni. Myślę sobie tak, że prawo posiadania broni to prawo naturalne, które towarzyszy człowiekowi od tysiącleci. Nadał je Bóg, aby człowiek mógł dawać odpór ludziom złym, żądnym cudzego majątku i nie stroniącym od odbierania życia. Z tym naturalnym prawem istnieje tak samo naturalne ryzyko, że komuś coś odbije i wyrządzi komuś krzywdę. Myślę, że z tym ryzykiem należy się pogodzić, bo to o wiele mniejsze ryzyko, niż uprzywilejowanie przestępców i tych co im może odbić, przez zakazanie przestrzegającym prawa posiadania broni.

Postępowa lewica nie uznaje Boga, nie uznaje praw naturalnych, wszystko chce ułożyć według tego co uznaje za rozumne. To co uznają za rozum im podpowiada, że należy zakazać posiadania broni. Tak jak na Jamajce. Takim zakazom zawsze towarzyszy wzrost przestępczości, z całą pewnością i nigdzie na świecie nie odnotowano spadku liczby przestępstw. Gdy przestępstwa wzrastają postępowa lewica nie dostrzega związku tego z uprzednim zakazaniem posiadania broni. Może nie chce dostrzegać, to bez znaczenia, skute jest ten sam. Wzrost przestępstw następuje metodycznie, czasem powoli, łatwo jest odrzucić związek przyczynowy ze wzrostem przestępstw. Lewica nie przyzna się, że to za sprawą jej praw, ludziom żyje się mniej bezpiecznie.

Z czasem przestępczość staje się nie do zniesienia. O to lewica musi wkroczyć do ostrego działania. Jakaś ostra dyrektywa w warunkach europejskich. Trzeba zakazać broni, której zdarza się być wykorzystywaną do zbrodni. W ten sposób zakaz, który sprawił wzrost przestępczości, jest w istocie wykorzystywany przez lewicę do kolejnego odbierania praw naturalnych – nadanych przez Boga. W konsekwencji doprowadzi to do zniewolenia, ale to będzie dla naszego dobra – tak będzie przekonywała lewica i papież Franciszek.